Za Tęczowym Mostem....
Teoś
25.02.2011 odeszła prawdziwa doża osobowość. Zmarł ukochany Teoś.
Teosiu bądź już na wieki szczęśliwy, biegaj po niebieskich łąkach (*)...

Ibo
7 grudnia zginął tragicznie nasz adopcyjny Ibo...

Januszek zwany Tofikiem
W dniu 25.10.2010 odszedł Tofik...
Wygrał dom, ale przegrał walkę z nagłą chorobą. Choć ten ostatni czas żył godnie z ciepłym domu, wśród tych którzy go kochali- tak jak piwinien żyć każdy pies.
Lekarze robili co w ich mocy...nie udało się...
Toficzku , biegaj szczęśliwy po niebieskich łąkach...

Heban
Zaangażowałam się w wolontariat w Fundacji S.O.S. dla Zwierząt z Chorzowa.
Właściwie nie wiem dlaczego , nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Tak zwyczajnie, zupełnie nie analizując powodów. Staram sie pomagać, czasem z różnym skutkiem ale zazwyczaj z pozytywnym.
Tak poprostu z odruchu serca bo dlaczego nie?
Zawsze wydawało mi się, że nie zniosę widoku cierpienia dziecka lub zwierzęcia, że to nie dla mnie, że jestem za słaba. Nawet nie wiedziałam, ile człowiek z siebie potrafi siły wykrzesać, jeśli musi- to również przychodzi
całkowicie naturalnie bez udziału umysłu, uruchamia się w człowieku jakiś mechanizm, który, o dziwo, działa.
Dowiedziałam się, że w schronisku jest dog niemiecki, bardzo chory i zaniedbany. To nic, że w jedną stronę do tego schroniska będzie jakieś 270km. Trzeba pojechać, przywieźć. Schronisko, choćby najlepsze nie jest dobrym miejscem do rekonwalescencji. Długo się nie zastanawialiśmy. Mąż wsiadł do samochodu i pojechał. Do Katowic przyjechał nocą,
wprost do kliniki weterynaryjnej, w której spotkał się z naszą koleżanką Kasią czekającą juz na nich (tzn na mojego męża i psa).
Koleżanka- osoba mądra, zrównoważona, lekarka, dzwoni do mnie i słyszę w słuchawce przekleństwa. Wiem już, że nie jest dobrze- sądząc po poziomie jej zbulwersowania...
Małżonek wrócił do domu kilka godzin później, struty jak nieszczęście. Mówił, że gdy zostawiał psa w klinice odprowadzało go do samochodu przejmujące wycie...
Pies do schroniska trafił w taki sposób, że przywieźli go jacyś psństwo, którzy znaleźli psisko leżące przy drodze. Nie miał siły wstać- tak był słaby. Był potwornie chudy, sterczały wszystkie żebra, miednica, kręgosłup.
W schronisku okazało się, że ma problemy z oddawaniem moczu. Później- w klinice stwierdzono atonię pęcherza oraz wodonercze.
Mariola- wolontariuszka schroniska, złota dziewczyna, mówiła mi ze Hebanek lubi jeść rosołki.
Nagotowałam rosołu nastepnego dnia i wieczorem zawiozłam do kliniki. Niestety nie pozwolono nam go nakarmić, musiał być na specjalnej diecie. Nie pozwolono również zobaczyć psa.
Poinformowano mnie, że widok nie jest przeznaczony dla każdego. Co to znaczy do licha „nie dla każdego”?! Ze co?? nie dla mnie? Nie mogę zobaczyć swojego podopiecznego?
Trzeciego dnia po moich usilnych namowach (powiedziałam ze się stamtąd nie ruszę) pozwolono mi zabrać Hebana na spacer. Już rozumiałam decyzję lekarzy.
Widziałam wiele chudych zaniedbanych psów, ale Heban był jeszcze do tego zgięty w pół z bólu! Poruszał sie na ugiętych łapach. Miał oczy pełne cierpienia i takie wymowne...
Lekarze robili, co mogli, by Hebanowi pomóc. Ja i jeszcze kilka innych osób jeździliśmy do Hebana, by wyprowadzić go na spacer, pobyć z nim, porozmawiać. Tak ...z psem mozna rozmawiać.
Oczy Hebana mówiły wszystko. Zobaczyłam w nich całą jego smutną historię, podłość ludzką, całkowity brak empatii, okrucieństwo i zanik człowieczeństwa. Zobaczyłam strach, tęsknotę i pytanie „dlaczego?”
Zobaczyłam niesamowitą mądrość, życzliwośc i potrzebę ciepła. Przede wszystkim zobaczyłam ogromne pokłady godności, której tak brakuje większości ludzi. Wyjątkowy pies, z wyjątkową inteligencją.
Rozmawialiśmy sobie z Hebanem, kiedy tylko mogłam.
Nie używaliśmy słów, patrzyliśmy na siebie i tak prowadziliśmy rozmowę. On kiwał głową, kiedy mu opowiadałam o naszej pracy w fundacji, o tym, że nie tylko jemu się to przytrafiło z winy człowieka. Nie on jeden został porzucony w chorobie jak niepotrzebny śmieć.
W chorobie, która była skutkiem zaniedbania człowieka. Kiedyś Heban musiał być pięknym psem. Ale przestał sie podobać..
Opowiadałam mu o tym, że nie jest sam, że nie pozwolimy mu umrzeć, będziemy walczyć, że czeka na niego ciepły dom i wygodna kanapa, sprowadzamy leki z Niemiec, które mu pomogą, bo przecież nie może być inaczej. Marzyliśmy wspólnie o spacerach po łące, pachnącej zielenią,
promieniach wiosennego słońca. O tym, że pójdziemy sobie do lasu i będziemy stanowić jedność z przyrodą, usiądziemy na trawie i nie będziemy wtedy mówić nic- tylko posłuchamy ptaków.
On słuchał i patrzył, czasem się zamyślił, spuścił głowę i tylko wzdychał, często wzdychał.
Opowiedział mi, że pomimo całego okrucieństwa, które mu się przytrafiło warto kochać, ponieważ świat to nie tylko samo zło, że miłośc jest silniejsza, że żył nadzieją, iż doczeka dnia, kiedy będzie czyjś i ten ktoś nie będzie traktował go kijem. Że spotka jeszcze w swoim życiu kogoś, kto przytuli wielki poczciwy łeb do serca, podrapie za uchem, poszepcze coś miłego. Że dłoń ludzka będzie kojarzyć się tylko z czymś dobrym: z pieszczotą i ciepłem.
Ta nadzieja utrzymywała go przy życiu, którego tak rozpaczliwie się trzymał, wykazując nadzwyczajną wolę życia.
Mówił, gdzie go boli. Że trzeba rozmasować łapę, że czuje się zmęczony i chce wracać, ale nie chce, bym odchodziła, żebym jeszcze z nim pobyła,
podzieliła się tą miłością, którą obdarzam swoje psy, bo przeciez one mają tyle szczęścia a on go nigdy nie miał.
Odpowiadałam mu wówczas, że to iż jego ciało wygląda jak wrak to nic, bo to da się naprawić, że jego dusza została niezmieniona, jego wnętrze jest bogatsze o wiele bardziej niż niż niejednego znanego mi człowieka,
że to wszystko da się jeszcze poskładać, jeśli jest tak ogromny duchem przezwycięży chorobę.
Zastanawiające jest to, jak wiele osób znalazło czas w tym zgiełku codzienności, by przyjechać i pobyć z Hebanem. To jakaś niesamowita magia tego psa. Dziękuję tym wszystkim ludziom.
Wiem, że na to czekał.
Kiedyś przyjechałam do Hebana z koleżanką. Ona stanęła i płakała, nie była w stanie zrobić nic więcej.
Mnie Heban powiedział, żebym wracała do domu, jest zmęczony, chce się połozyć, nie chciał łez koleżanki ani tego, żeby ktoś nad nim płakał. Pożegnał się ze mną i pomaszerował z powrotem do budynku. Jego pożegnanie było zwyczajne zdawkowe-
bez rozdzierających scen, jakie widzimy w tanich melodramatach . Ot tak: "cześć, idź już, mam swoje sprawy.".
Wiedziałam już wówczas, że widzę go ostatni raz.
Następnego dnia koleżanka z fundacji otrzymała telefon, że stan naszego Hebana znacznie się pogorszył.
Podjęłyśmy decyzję o eutanazji, by nie przedłużać mu cierpienia. Lekarze nie dawali żadnych nadziei. To już był koniec.
Aneta zwolniła sie z pracy i była przy nim do końca. Umarł godnie- tak jak żył.
Pomimo, że człowiek tak brutalnie odarł go ze wszystkiego - on swej godności nie stracił do końca..Umarł tak, jak tylko chyba dog potrafi.
Nie był sam.
I nie był niczyj.
Był mój, był tych wszystkich osób, które przez ostatni tydzień opiekowały sie nim. Wkradł się do serca każdego,
kto tylko miał z nim styczność. Jego marzenie spełniło się wielokrotnie, tak jakby los przewrotnie chciał zrekompensowac wszystkie utracone lata.



